Między Asfaltem a Niebem

Mówią o nas „dawcy”. Widzą w nas statystykę, ryzyko i nieuchronny koniec, który sami sobie rzekomo wybraliśmy. Dla większości społeczeństwa jesteśmy ludźmi, którzy nie szanują własnego bezpieczeństwa. Ale prawda jest dokładnie odwrotna.
To my, motocykliści, kochamy życie najbardziej na świecie.
Dlaczego? Ponieważ znamy jego cenę.
Większość ludzi spędza swoje dni w bezpiecznym letargu, wierząc w iluzję nieśmiertelności. Odkładają marzenia na „kiedyś”, marnują godziny na błahe spory i chowają się za szybami samochodów, które izolują ich od świata. My nie mamy tej bariery.
Kiedy zamykasz wizjer kasku, świat zewnętrzny cichnie, a zostaje tylko „tu i teraz”. Każdy zakręt, każdy podmuch wiatru i każdy zapach rozgrzanego asfaltu przypomina nam, że istniejemy. Ta bliskość krawędzi nie jest chęcią upadku – jest najsilniejszym impulsem, by trzymać się życia z całej siły.
Nasz paradoks polega na tym, że:
- Szanujemy każdą sekundę: Bo wiemy, że może być ostatnią. To nie czyni nas lekkomyślnymi, lecz niesamowicie uważnymi.
- Nie wegetujemy – doświadczamy: Nie oglądamy świata przez szybę jak filmu na Netfliksie. My jesteśmy częścią tego krajobrazu. Czujemy chłód doliny i ciepło zachodzącego słońca na własnej skórze.
- Ryzyko jest naszym nauczycielem: Uczy nas pokory, której brakuje w świecie pełnym pychy. Uczy nas, że życie to dar, a nie coś, co nam się po prostu należy.
Dla kogoś z boku możemy wyglądać jak szaleńcy. Ale to właśnie w tej przestrzeni między jednym a drugim biegiem, między ryknięciem silnika a ciszą na postoju, odnajdujemy to, czego inni szukają całe życie: czystą, nieskażoną radość z faktu, że oddychamy.
Jeśli bycie „dawcą” oznacza dawanie światu pasji, odwagi i przypominanie innym, że życie mierzy się intensywnością chwil, a nie ich liczbą – to niech nas tak nazywają.
My po prostu wiemy, co to znaczy naprawdę żyć.
